Gigi Cafe – czyli gdzie można dostać najlepsze drożdżówki we Wrocławiu?

Do Gigi Cafe nie trafiłam przez przypadek, ale wybrałam się tam celowo, podczas moich poszukiwań do rankingu na najlepsze śniadania we Wrocławiu. Niepozorna kawiarnia, w centrum handlowym Ferio Gaj, na ul. Świeradowskiej 51 zupełnie mnie urzekła. Nie wystrojem, nie obsługą (choć pracują tam najsympatyczniejsze dziewczyny pod słońcem), nie cenami, ale jakością produktów i tradycyjnym, nieomylnym smakiem. Choć wróciłam tam jeszcze wiele razy nigdy nie znalazłam odpowiedniego momentu, by Wam o niej napisać. Aż do dziś, gdy jedna z czytelniczek (którą przy okazji pięknie pozdrawiam) zapytała mnie gdzie znaleźć NAJLEPSZE DROŻDŻÓWKI WE WROCŁAWIU.

gigi-1

Nie znam miejsca, w którym robiliby je lepiej. Jak drożdżówka smakuje każdy wie, ale to wyprawia się w GIGI, to prawdziwa kwintesencja tradycyjnej buły z doskonałą kruchą kruszonką i pysznym nadzieniem. Te podawane na gorąco z malinami to prawdziwe mistrzostwo świata. Tamtejsze pączki są równie dobre, ale moim kolejnym faworytem stały się ostatnio ciasto marchewkowe i sernik. Są też zdrowe koktajle przygotowywane na bazie świeżo wyciskanych soków, bo w GIGI stawia się na naturalne smaki, nie dodaje się tutaj sztucznych i słodzonych napojów bądź syropów. Szkoda, że w naszym mieście nie jest to jeszcze norma, a koktajl ze świeżego mango  (które uwielbiam) to już zupełna rzadkość.

gigi1-1

Od jakiegoś czasu w GIGI są również lody. Wybór smaków nie jest szalony, ale ma to pewne uzasadnienie – lody produkowane są wyłącznie ze świeżych owoców, śmietany niepoddawanej procesowi UHT, z prawdziwego szafranu i czekolady Barry Callebaut.

GIGI CAFe

Jedząc śniadanko lub popijając kawkę można podglądać przemiłe Panie uwijające się w kuchni przy wypieku ciast i ciasteczek – to również ma swój urok!

Adres: FERIO GAJ, Świeradowska 51/57, Krzyki, Wrocław 53-511
Godziny otwarcia:  09:00–21:00

I gdy tak patrzę na te słodkości i przypominam sobie o tym pełnym ciepłej atmosfery miejscu już mi tęskno do mojego miasta, choć to dopiero wczoraj wylądowałam w Baku. Tak, piszę do Was z Azji, z Azerbejdżanu, z mojego nowego, małego mieszkanka, w centrum stolicy. Zaraz po wylądowaniu przywitał mnie tak intensywny deszcz, że do samochodu, który czekał na parkingu dotarłam przemoczona do suchej nitki i sama się dziwię, że nie skończyło się to zapaleniem płuc czy choćby katarem. Jest coś takiego w podróżach, że organizm spina się niesamowicie i chroni nas przed wszelkim złem tego świata. Oczywiście to nasz umysł dowodzi całą sytuacją. Dlatego chorujemy zazwyczaj dopiero po powrocie, w domu, wracając do naszej strefy komfortu.

Wracając jednak do Azerbejdżanu, bo pewnie o nim chcecie usłyszeć. Jestem osobą, która do życia potrzebuje ludzi i słońca, a dzisiejszy dzień nie przyniósł mi jednak ani jednego ani drugiego. Pogoda jak na zamówienie: pochmurno, deszczowo i bardzo wietrznie, więc postanowiłam zrezygnować ze zwiedzania i odkrywania miasta (na taki luksus mogę sobie pozwolić wiedząc, że spędzi się tutaj kolejne miesiące) i wybrałam się jedynie na krótką wycieczkę do supermarketu. Próbując nawiązać kontakt ze sprzedawczynią, kasjerką, ochroniarzem i dwoma przechodniami, których zapytałam o drogę śmiem twierdzić, że jęz. angielski nie jest w Baku zbyt popularny. Domyślam się, że o wiele łatwiej byłoby mi dogadać się po rosyjsku, którego niestety nie znam. Drogi, wokół mojego domu bardziej przypominają te z podróży do Indii, niż nasze piękne równe chodniki, ale zaznaczam, że do ścisłego centrum miasta jeszcze nie dotarłam.

I kobiety, bo z nimi (choć głównie na migi) miałam do czynienia mają w sobie coś pięknego, bardzo oryginalną urodę, w niczym nie przypominającą, rosyjskiej lecz raczej turecką, z przenikliwymi ciemnymi oczyma, ciemnymi włosami i ostrymi rysami twarzy. W tych twarzach spostrzegam pewną dzikość i prostoduszność, które pewnie, gdybym była mężczyzną, uwiodłyby mnie i zaintrygowały.

Mam nadzieję, że więcej opowiem Wam jutro,

w oczekiwaniu na słońce,

Agnieszka

p.s. Zjedzcie za mnie drożdźówę w GIGI 🙂