Termin, szpital, poród. Chwilę później jestem już po drugiej stronie, w innym wymiarze czasu. Wiedziałam, że moje życie się zmieni, ale hello tego co się ze mną dzieje już nawet nie można nazwać życiem. Nagle staję się podwładną i służącą bobasa oraz Matką Teresą w jednym pakiecie. Na domiar złego dowiaduję się, że powinnam się tym cieszyć, bo wszystkim innym mamom ta zabawa w zamień się w straszydło bardzo się podoba.
Na początku zaznaczę, że kocham swoje dziecko, jestem bardzo szczęśliwa, że pojawiło się na tym świecie i nie umiem już wyobrazić sobie życia bez niego, a tekst przedstawia moją osobistą historię, reakcję na nagłe zmiany, które pojawiły się po porodzie. Twoja nie musiała być taka sama, więc zanim napiszesz pod spodem, że mogłam się zabezpieczyć, że jestem okrutna i że żal Ci mojego bobasa zastanów się dwa razy czy taki komentarz ma sens.
Kwestia ta nurtuje mnie już od dawna, dlatego w końcu zdecydowałam się na napisanie tego tekstu. Codziennie spotykam kobiety, które po porodzie doznały olśnienia i odnalazły sens swojego życia w zmienianiu pieluszek i wysłuchiwaniu krzyków nienażartych bobasów. Nie można z nimi porozmawiać na żaden inny temat niż dziecko, a każdy element ich życia podporządkowany jest widzimisię bobasa, a nie jak rozsądek podpowiada odwrotnie. I codziennie nie mogę się nadziwić jak to możliwe, że rezygnują z tego kim były, co robiły, a poród nazywają najwspanialszym momentem w swoim życiu. Cóż, ja też jestem matką, ale postanowiłam, że będę walczyć o siebie i nie pozwolę, aby te małe czekoladowe stópki zdeptały cały mój cały świat.
Sama ciąża jest już właściwym preludium do niekończących się poświęceń jakie będą od teraz znaczyć każdy kolejny dzień. Na dziewięć miesięcy zostaję uwięziona we własnym ciele. Chcę krzyczeć i wyć z rozpaczy, gdy każdego miesiąca przybywa mi kilogramów, a moje życie wywraca się o 180 stopni. Pracując w biznesie winiarskim jestem całkowicie zmuszona do rezygnacji z degustacji, które są kwintesencją mojego fachu, nie mogę biegać, skakać, wychodzić ze znajomymi. Nagle z dnia na dzień okazuje się, że nadszedł czas abym przestała cieszyć się dotychczasowym życiem i zaczęła odnajdywać szczęście w trudzie noszenia w sobie tego cudownego cudu wszechświatów.
Oczywiście, powie ktoś, w ciąży można podróżować, można wychodzić na imprezy, można wszystko. Oczywiście, że można, jeśli tylko umiesz pogodzić się z tym, że z atrakcyjnej kobiety zamieniasz się w sapiącego słonia, zamiast szpilek musisz przyodziać tenisówki o dwa rozmiary większe, w samolocie nie wolno Ci dźwignąć walizki, a na wakacjach nie możesz ani nurkować, ani napić się szampana. Wszystkie te nieszczęścia wynagradza jednak myśl, że już niedługo ta katorga się skończy, że już tylko parę miesięcy, tygodni, dni.
I oto proszę, urodziłam dziecię i teraz mój świat wróci do normy. Będę ćwiczyć, pozbędę się nadprogramowych kilogramów, znów zmieszczę się w jeansy, wyjdę na drinka i będę skakać z radości do woli. Wszystkie matki uśmiechają się teraz z przekąsem pod nosem. Już po paru dniach po wyjściu ze szpitala uświadomiłam sobie, że to dopiero teraz zaczęła się prawdziwa wojna o moją wolność, którą będę toczyć przez kolejne lata.
Nic już nie jest takie samo i nic już nie będzie nigdy takie samo choć dzieci to podobno tyle szczęścia, że człowiek powinien rozpoczynać każdy dzień dziękując za ich istnienie. Owszem, ale ja na początku przeżyłam drastyczny szok. Zaraz po urodzeniu dziecka zostałam zupełnie sama. Moi rodzice pracowali, mąż musiał wrócić do Indii, a ja czułam się jakby ktoś nałożył mi na ręce niewidzialne kajdanki, których nie mogłam ściągnąć. Nawet krótkie wyjście z domu była to wyprawa, której organizacja rozpoczynała się na dwie godziny wcześniej, a zaproszenie przyjaciół do domu wymagało nie lada koncentracji i mobilizacji wszelkich pozostałych mi sił. Szybko się zbuntowałam i postanowiłam, że nie pozwolę, aby maleńki bobasek zawładnął każdą minutą mojego życia. Znalazłam nianię do pomocy, zaczęłam chodzić na basen, spotkania z przyjaciółmi, ubierałam buty na obcasie nawet jeśli później długo musiałam cierpieć. Było warto.
Najgorsza w tym wszystkim jest miłość, ta destrukcyjna miłość, którą zna każda matka. Nagle okazuje się, że jestem matką Teresą, która nie będzie spać, kapać się i czesać, żeby tylko zapewnić maluszkowi największy komfort. Ba! Zrezygnuję z kształtnych piersi, z jedzenia jogurtów i serów i będę wstawać w nocy co trzy godziny, żeby mleczko było smaczne i podane na czas. Dowiaduję się, że to właśnie jest prawdziwa miłość, nie motylki w brzuchu, uśmiech na twarzy od ucha do ucha o poranku i to fantastyczne uczucie szczęścia i spełnienia, które wypełnia każdą sekundę mojego istnienia, gdy w środku zimy czuję, że nadchodzi wiosna. Nie, miłość to coś innego.
To trud, pot i łzy, zmęczenie, bezsenność, frustracja i zapomnienie o istnieniu siebie samej.
To jest prawdziwa miłość, w dodatku nieodwzajemniona, bo nikt nie wmówi mi, że kilkutygodniowy bobas Cię kocha. Kocha każdego kto da mu jeść i będzie się nim czule opiekował, zresztą wiele z nich nigdy z tego nie wyrasta.
A Twój związek? Byłaś zakochana po uszy w mężczyźnie Twojego życia, na widok którego ściskało Cię tak mocno w dole brzucha, a każde spojrzenie powodowało serię przemiłych dreszczy…teraz ten pełen orgazmów związek zostaje zdegradowany do rozmów na temat koloru, konsystencji i ilości kupek, które wydala Twój cud świata. Kupa. Nie używasz za często tego słowa, a może czujesz się niezręcznie w rozmowie na ten temat, ze swoim Adonisem? Nie przejmuj się, po porodzie nadrobisz zaległości za wszystkie lata, bo będzie to jeden z wiodących tematów. I jeśli myślisz, że od tego uciekniesz to gwarantuję, że ucieczki od kupy nie ma.
Spotykam mnóstwo matek, które mówią, że dziecko jest całym ich światem, że nie ma nic piękniejszego, że najchętniej nie wróciłyby do pracy i spędziły resztę swych dni fotografując bezustannie każdy kolejny krok cudu, który wydały na świat. Tak matko, przecież to TY wydałaś, więc powinni Ci postawić pomnik, a dzień matki ogłosić świętem narodowym i wolnym od pracy. Co więcej Twoje święte dziecko może wszystko. Krzyczeć w restauracjach, walić łyżką w talerz, zaczepiać ludzi w samolocie i drzeć się wniebogłosy, wszędzie, gdzie tylko będzie miało na to ochotę. Ty będziesz się przyglądać z uśmiechem lub robić zdjęcia, by zatrzymać każdą z tych cudownych chwil i utwierdzać się w przekonaniu jak wielkie szczęście spotyka cię każdego dnia. Trochę wam zazdroszczę, bo osiągnęłyście w młodym wieku szczyt waszych marzeń i ambicji, nie pragniecie niczego więcej i tak łatwo wam dogodzić.
Wolna i spontaniczna, taka byłam. Żyłam chwilą, szaleństwem, pasją. Potrafiłam nie spać do rana siedząc nad interesującą książką i projektem. Uwielbiałam to. Kochałam moje życie, moje mieszkanie, wieczory z przyjaciółmi, niezaplanowane podróże, przymierzanie nowych ciuchów przed lustrem. Dziś to wszystko wydaje mi się piękną bajką. Przez pierwsze miesiące funkcjonowałam w nieustannym poczuciu winy, gdy zamiast na Andreasa patrzyłam w komputer, zamiast bawić się odpowiadałam na smsy i gdy wieczorem usypiałam go w łóżeczku myśląc o tym, że nie do tego jestem stworzona. Nie czuję się ofiarą, nie zrozum mnie źle, mam w sobie mnóstwo siły i energii, ale czasami, chociaż przez chwilę chciałabym je spożytkować i ukierunkować inaczej niż wymaga tego ode mnie sytuacja.
Dostawałam drgawek na dźwięku jego płaczu. Myślałam sobie wtedy dlaczego musiało mnie to spotkać, przecież ja nie chcę tak żyć.
Chcę nadal fruwać, żyć marzeniami, tańczyć w deszczu, wsiąść do samochodu i pojechać przed siebie.
I chcę to już zaraz, ale nie mogę. Bycie matką wymaga odpowiedzialności i jeśli do tej pory miałaś złudne wyobrażenie czym ona jest, to teraz będziesz się rozkoszować jej gorzkim smakiem każdego dnia. Odpowiedzialność w każdej formie, od rana do wieczora, a nawet podczas snu, bo odpowiedzialna matka nie śpi, tylko czuwa. Nawet jeśli zostawię dziecko z mężem, z dziadkami, z nianią to jest to tylko wyjście warunkowe, tymczasowe, kontrolowane, które ma swój początek i koniec, który zresztą już się zbliża, bo zegar tyka bezustannie. Kiedy bobasa coś boli, mnie też boli, gdy on płacze ja też płaczę, ale za to gdy się śmieje mój świat nagle się rozświetla i staje się piękniejszy.
Nie jestem z kamienia, moje serce rozpływa się na widok jego malutkich stópek i nie ma nic piękniejszego niż jego uśmiech, za który jestem w stanie zrobić bardzo dużo. Natura, zwierzęca więź, której nie może zerwać racjonalne myślenie, cokolwiek, ani ktokolwiek na tym świecie.
Dziś, gdy emocje już opadły i burza ma się ku końcowi czuję się szczęśliwsza niż kiedykolwiek przedtem. Wyznaczam sobie nowe cele, mam nowe perspektywy, ciekawszy pryzmat postrzegania. Mój bobas ma już 9 miesięcy, więc najcięższy okres chyba jest już za mną. Opanowałam do perfekcji organizację czasu, tak, że pomimo wielu obowiązków jestem w stanie znaleźć chwilę dla siebie. Konsekwentnie robię wszystko co w mojej mocy, aby nie rezygnować z dotychczasowego życia i pomimo iż czasami kosztuje mnie to wiele wysiłku i stresu wiem, że warto. Gdy Andreas skończył 2 miesiące pojechaliśmy z nim samochodem do Włoch, zabieraliśmy na kolacje i imprezy, wyjechaliśmy z maluszkiem do Indii, tak jak planowaliśmy jeszcze przed ciążą. Podróżujemy, chodzimy często do restauracji, spotykamy się ze znajomymi, choć oczywiście teraz dużo częściej z tymi co mają dzieci i rozumieją sytuację. Jest trochę mniej spontanicznej, czasami spokojniej, czasami bardziej nerwowo. Jest inaczej. I taką mam propozycję, delikatną sugestię do wszystkich mam, które zapomniały w tej pogoni za kolejnym uśmiechem bobasa, by spróbowały przypomnieć sobie, chociaż na krótką chwilę kim były w erze przedbobasowej. I czy na pewno nie da się nic uratować z tamtych dni? Nie poddawajcie się w realizowaniu planów, w spełnianiu marzeń, w samorozwoju, w poszukiwaniu własnego ja. Dziecko to nie wyrok, powiedziałbym, że to również nie błogosławieństwo, ale wiem, że dla większości z Was jednak tym właśnie jest macierzyństwo.
Nie pożegnałam się ze swoim życiem i choć już zawsze będzie już tylko przed i po, a przed już nigdy nie wróci, to cieszę się na samą myśl na to co nas czeka w przyszłości. Pierwsza świeczka na torcie, pierwszy kroczek, słowo mama, wspólne wakacje i szaleństwa w basenie. Nigdy nie zrezygnuję z marzeń i teraz także będę je spełniać. Inaczej, w innym tempie, w innym stylu. Jeśli jesteś mamą Ty także możesz zrobić wszystko, czego pragniesz. A jeśli nie jesteś mamą to nie ma się co śpieszyć. Zdobywaj świat, nie tłumacz się nikomu, jedz śniadanie w samotności i rozkoszuj się ciszą, która później może okazać się na wagę złota.
Zapraszam na bloga, podzielę się z Tobą moimi doświadczeniami, opowiem Ci jak się nie poddawać, żyć z dzieckiem, kochać je, kochać siebie i nie zwariować.
Zajrzyj i zasubskrybuj mój kanał YOUTUBE!
